Where breathing starts

Ciężko mi zebrać nawet słowa. Chciałabym napisać, coś, cokolwiek ale chyba mam coraz większe problemy z werbalizacją. Za dużo siedzi w mojej głowie.

Czuję wewnętrzny niepokój. Żyje w ciągłym napięciu, rano boli mnie żołądek, wieczorami głowa. Nie podoba mi się mój brak entuzjazjmu, brak zapału. Nie wiem czy to chwilowe, ale będę udawać że chciałabym aby ten stan trwał. To jakiś taki marazm, wrześniowy ponurak.

Mały przebłysk nadziei – wczoraj świeciło słońce, liście leciały z drzew i znalazłam dwa kasztany. Pełne, brązowe, lśniące. Dopiero co wypadły ze skorupki. Leżą w mojej torebce, pewnie kiedyś je stamtąd wyjmę. Narazie tam ich miejsce.

Wczoraj świętowałam swój zaliczony egzamin, popatrzyłam na bilard w wykonaniu panów, zostałam odwieziona pod sam dom i padłam do łóżka. Zmęczona całym tym dniem, stresem, szpitalem, niewyspaniem. Nie cierpię siebie takiej.

Rzucę się w wir pracy, czasem pójdę do kina, teatru czy na spacer. Zjem coś dobrego albo i nie, kupię sobie nową książkę albo buty. I będzie dobrze.

Tak mi się przynajmniej wydaje.


About this entry