Świat wypadł mi z moich rąk, jakoś tak nie jest mi nawet żal.

Koniec wakacji? Niechybny. Rzym, Włochy, zapach gorącego powietrza daleko za mną. Tysiące ułamków sekundy, miliony nieodgadnionych chwil.

Jak najtrafniej opisać włoskie wakacje? To eksplozja barw, zapach pasta carbonara, smak pistacjowych gelato, tysiące opalonych ciał i nieznikający z jednej twarzy uśmiech. To oczy poszukujące zrozumienia, czekające na ten sam gest. Spełnione marzenia.

To ciasne, gorące uliczki, chowające się w cieniu tarasy starych kamienic i przepełnione wieczorami ristorante. Czasem kucharz mówiący po polsku, właściciel hostelu rozumiejący tylko po włosku, Termini stazione i jego pożegnalny gest. Spieczona słońcem skóra, tysiące ziarenek piasku w butach. Przestronne, wiekowe, cudowne wnętrze muzeów watykańskich, niebezpiecznie przytłaczająca bazylika św. Piotra. Potęga Forum Romanum i nostalgia o szybkości mijającego czasu.

Przerażenie i dreszcze na widok Koloseum od wewnątrz, smak kolejnej moreli popitej breezerem w parku z widokiem na Colloseo, śmiech na widok okropnych ślubnych sukienek, setny dźwięk aparatu robiącego kolejne zdjęcie. Słodkie wino przy akompaniamencie włoskiego trajkotu, poranne espresso i upalne noce. Zatłoczone metro, kolejne minuti aż do uno minuto. Wycieczka za miasto, inny Rzym. Pchli targ i okulary a’ la miami vice. Piramida. Tybr. Leżakowanie w parku po ciężkiej nocy. Uśmiech za uśmiech, gest za gest. Włosi wołający ‘ciao bella!’, minitaxi i Piazza Navona z ulicznymi grajkami. Lazurowe niebo, ciepła woda i Crystal castles w tle. Koloseum jak codzień wieczorem, morele i breezer. I figi.

Wspomnienie La dolce vita przy fontannie diTrevi. Wyobraźnia spotęgowana jednym gestem. Wielkie drzwi i stara winda, międzynarodowe towarzystwo i masa siniaków. Ciepło skóry i spóźnione wielkie nadzieje. Greatest expectations.

Najpiękniejsze wakacje w życiu.


About this entry