Siedzę na łóżku, w ciepłym dresie, z kubkiem latte w ręku i walczę z katarem i ogólnym rozstrojeniem mojego organizmu. Nie lubię być chora. Wiem, że nikt nie lubi. Ale ja nie lubię BARDZO.  Tak więc gripex, aspiryna, wapno, tran i strepsils, wszystko to w nadziei na poprawę stanu zdrowia. Reszta okaże się sama.

Wsypało mi się za dużo cukru do kawy, jest cholernie słodka. Na gorycz dnia, może to nawet i lepiej. Nie mam pomysłu co zrobić na obiad, mogłabym iść na stołówkę, ale przez to całkowite zasmarkanie jakoś nie chce mi się ruszyć z domu. Leniwa wersja Ali, tervetuola (welcome).

The Offspring plus Bloc Party i jakoś może dam radę przeżyć dzisiejszy dzień. Jak powiem, że impreza byla beznadziejna wczoraj, to będzie to raczej pierwszy albo drugi raz na Erasmusie. Ale była naprawdę. Jeden wielki shit. Napici Finowie, brak miejsca na parkiecie, pełna szatnia – ogólnie krajobraz nędzy i rozpaczy. Never again!

Zajęcia mam od poniedziałku do środy, w czwartki i piątki mam już weekend. Z mojego hiszpańskiego wyszło okrągłe zero, ponieważ mimo że kurs prowadzony był na poziomie begginers, pani mówiła płynnie po hiszpańsku z czego ja zrozumiałam tylko ‘uno’.  Świetnie. Na rosyjski nie mogę się zapisać, bo nie ma kursów. Muszę znaleźć jakiegoś native speaker’a to może zgodzi się mnie trochę pouczyć, już w ramach tego co wiem.  Znam jednego, ale nie wiem czy chcę go prosić o cokolwiek ;) Tak, tak, to pan od roweru.

W poniedziałki i wtorki mam kurs o zagadnieniach biznesowych w rejonie Azji Wschodniej, ale narazie nie usłyszałam ani słowa na temat biznesu, jedynie elementy turystyczno-kulturowe były wspominane. Do tego we wtorki rano zajęcia z US public policy, a w środy kurs o Global Social Development, który jako jedyny zapowiada się na konkretny. Poza tym, w 4 periodzie chciałabym zrobić jeszcze 3 kursy na temat prawa unijnego i kilku innych zagadanień związanych z Azją. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Kawa się skończyła, napisałam email do Martusi, przejrzałam trochę zdjęć. Tęsknie za wszystkimi po trochu. Czekam aż Michał się zbierze i zadecyduje czy przyjeżdża do mnie czy nie w końcu, na Karola czekam w ogóle bo to już pewnik, Byczek też miał się zebrać do kupy i zabukować bilet, a Aśka jak się nie zmobilizuje to jej nie daruję! Mam nadzieję, że przekaz był dla wszystkich jasny i oczywisty (i wcale mnie nie obchodzi, że macie napięty grafik bo jest sesja) ;) Ależ to zabrzmiało arogancko, ech. Wszystkich innych wyżej nie wspomnianych, też zapraszam oczywiście.

Wszystko jest takie oczywiste, wiem, ale jak przychodzi co do czego to po prostu wszystko zwala Ci się na głowę i nie wiesz za co się chwycić żeby uratować choć część sytuacji.

Za oknem pięknie złote słońce, blue sky i -5 na termometrze. Welcome back Finland, welcome.