Tak dużo za nami, a jeszcze przed nami tyle…

Tak dużo za nami, a jeszcze przed nami tyle…

Lampka wina. Jedna, druga, trzecia. Spokojnie. Weekend. To był super ciężki tydzień. Od poniedziałku liczyłam dni, kiedy będzie wreszcie piątek. Z utęsknieniem czekałam na chociaż chwilę wolnego, bo ten tydzień w pracy to była istna katorga. Praca pod presją czasu plus wielki, wręcz ogromny nacisk na wyniki. Plus stres, stres, stres. Było ciężko. W piątek po wypiciu 2 kaw, czułam się jak naspidowana. Wieczorem, spotkanie z ludźmi, którzy pytają co u Ciebie chociaż tak naprawdę nic ich to nie obchodzi. Smutni ludzie, smutna rzeczywistość. Dobrze, że już sobota…

Istne wariactwo. Praca, uniwerek, przeprowadzka i tysiąc innych problemów.

Mówisz mi – dasz radę, odpowiadam – muszę, bo jak inaczej?

Ale i tak nie wiesz jak bardzo mi ciężko.

 

„Widziałem wiele, ten świat uczy którą drogę wybrać.
Nic się nie zmienia, znam swój cel, chcę ten wyścig wygrać.

 

 

Wall

Wall

Dzisiaj prawdziwie jesienny dzień – szaro, zimno, mokro. Mała odmiana dla babiego lata, które za kilka dni wróci w pełnej krasie, bo w weekend ma być nie dość że słońce, to jeszcze i ciepło. Dobrze. Chociaż w taką pogodę jak dziś lepiej chodzi się do pracy. Nie ma się wyrzutów sumienia, że cały dzień spędzi się w zamkniętym budynku, pochłonięty swoimi zadaniami i innymi problemami.

Czas na kawę. Czuję przyjemny aromat, ciepło rozlewające się po całym ciele. Już środa. Odliczam dni do weekendu.

A potem do następnego i następnego…

W przyszłym tygodniu zaczynają się zajęcia… Nie wiem czy dam radę. Chcę, ale nie wiem czy potrafię. Spróbuję.

Do dzieła.

Fall

Fall

Wstał nowy dzień. Nie śpię już od kilku minut po 6.00, słyszę jak B. kąpie się w łazience, słońce wdziera się przez szpary rolet do pokoju. Jesień. Wrześniowe słońce, którego tak brakowało tego lata. I kolejny tydzień, poranna kawa, przegląd prasy i do pracy. I tak od poniedziałku do piątku, od piątku do niedzieli mija mój czas.

Słucham Dead Man’s Bones – zmysłowy głos Ryan’a każe mi położyć się do łóżka i nie wstawać z niego cały dzień. Szkoda, że to niemożliwe. „The room where you sleep…”.

Byłam wczoraj w domu, gdzie czas mija inaczej niż wszędzie. Gdzie obiad smakuje inaczej, gdzie dni płyną wolniej. Tutaj wszystko dzieje się zbyt szybko, czasem czuję, że nie mogę się zatrzymać. Nie wiem dlaczego, ale wiem że nie mogę. Męczy mnie to. Nie chcę tak na zawsze.

Ale jaka jest alternatywa?

Biorę wdech i muszę stawić czoła temu to nieuniknione. Nie mam innego wyjścia.